Kto dziś zrozumie ks. Popiełuszkę
Data: 28-02-2009 o godz. 15:41:52
Temat: Kino, film


Ksiądz Jerzy Popiełuszko (Adam Woronowicz) w stanie wojennym - przebrany dla zmylenia śledzących go esbeków Od piątku na ekranach "Popiełuszko. Wolność jest w nas". Ten film - ilustracyjny, poddany wielu kompromisom - ma jedną wartość nieocenioną: postać tytułową, rolę Adama Woronowicza.

Drugi człon tytułu - tak ogólnikowy, że właściwie nic nieznaczący, w stylu reklamowych amerykańskich haseł - dodano podobno po badaniach fokusowych, z których wynikło, że młodym widzom nazwisko ks. Jerzego Popiełuszki nic nie mówi, a film jest skierowany do masowego adresata. Bardzo zawęził się obszar wspólnej pamięci. Filmy o najnowszej historii Polski stają się siłą rzeczy zbiorem podręcznikowych ilustracji, brykiem historycznym o tak dużym stopniu uogólnienia i schematyzacji, że gubi się w nich prawdziwy dramat, odczuwany przez uczestników wydarzeń.

W filmie Rafała Wieczyńskiego - mieszance wysokiego profesjonalizmu (zdjęcia Grzegorza Kędzierskiego) i półamatorskiej reżyserii - giną pytania, które byłyby ważne dla nas dziś, a których nie można skwitować prostą odpowiedzią jak z telewizyjnego quizu.

Opowieść o życiu i męczeńskiej śmierci ks. Popiełuszki zaczyna się od napisu, że po II wojnie światowej Polska popadła w sowiecką niewolę. "Władze eliminowały podziemie". Mały chłopiec z Podlasia, przyszły bohater, jest świadkiem strzelaniny w lesie, obławy na ostatnich partyzantów. On sam po latach stanie się tym ściganym. "Oni wygrają? - pyta ojca. - Przegrają?". Ani tak, ani tak. Odpowiedzią jest odmawiany w domu różaniec. Ofiara musi zaowocować. "Pan Bóg nie opuści". Polska przetrwała dzięki wierze, a Kościół był miejscem wolności.





Można by spytać, dlaczego już nie jest, i wtedy komunał, na którym oparto scenariusz, zamieni się w paradoks. Bo czy nie wynika z tego, że społeczna solidarność i energia kwitną u nas tylko w niewoli? I tam dopiero, w oblężonym przez wrogów Kościele, Polska naprawdę jest Polską? Tak traktowana wiara, zamiast być motorem społecznego czynu i osobowej przemiany, staje się ucieczką, magicznym zaklęciem, uśpieniem sił życiowych, paranoicznym lękiem przed "obcymi". I wtedy znajdziemy się od razu w Radiu Maryja.

Jednak film Wieczyńskiego nie mieści się w bogoojczyźnianym schemacie oblężonej twierdzy. Poddany różnym kompromisom - zrealizowany pod honorowym patronatem Episkopatu - potykając się o dramaturgiczne mielizny, rozbity na osobne obrazki, niczym zbiór materiałów hagiograficznych, z fabułą zagłuszoną przez batalistykę manifestacji stanu wojennego, które chwilami przypominają Powstanie Warszawskie, budząc niezdrową nostalgię, ma jedną wartość nieocenioną: postać ks. Jerzego, w którego wciela się Adam Woronowicz.

To, co w tym filmie prawdziwe, zawiera się nie w scenach masowych, ale w drobnych, podpatrzonych gestach. Tam jest ukryty dramat. Miałoby się ochotę oglądać ten film przez lupę, żeby uchwycić autentyczne szczegóły, jak choćby ten w scenie na Jasnej Górze, gdzie ks. Popiełuszko wysuwa się do przodu przed szereg księży i za każdym razem jest przez nich cofany. Nie pozwalają mu przemówić do pielgrzymów. Boją się? Zazdroszczą popularności? A może uważają, że jest zbyt radykalny i mógłby ściągnąć represje? Gdyby dziś "pozwolić przemówić" Popiełuszce, prezentowany przez niego program społeczny zadziwiłby swoją lewicowością - dlatego nie ma go w filmie. "Solidarność" była przecież lewicowa.

Wrogość władz, obelgi jej rzecznika Jerzego Urbana, narastające prześladowania ze strony SB prowadzące ku zbrodni, której bezpośredni sprawcy są znani, ale pierwotny impuls do dziś pozostaje przedmiotem hipotez (MSW czy KGB?) - ta strona sceny dziejowej, mimo nierozświetlonych tajemnic, jest z grubsza rozpoznana. Co więcej, istnieje film będący znakomitą psychologiczną analizą nienawiści - "Zabić księdza" Agnieszki Holland zrealizowany we Francji w 1988. Trafnie pisał o nim przed laty Tadeusz Lubelski jako o obrazie nieudanego nawrócenia. "Funkcjonariusz SB, zafascynowany duchową siłą księdza, nie potrafi zdobyć się na przejście na jego stronę. Próbuje inaczej sprostać swej fascynacji: dorównując dobru tamtego własnym złem".

Postać księdza (Christopher Lambert) w filmie skupionym na postaci mordercy (Ed Harris) była jednak bardziej znakiem niż żywym człowiekiem - to figura z Chrystusowej Pasji. Motywy pasyjne przenikają też film Wieczyńskiego, ale prawdziwy, przejmujący, niewyrażony do końca dramatyzm tej opowieści polega na zderzeniu postaci dobrego człowieka w sutannie z jego męczeńskim losem. Widz musi sam wydobyć spoza baśniowego schematu walki dobrych i złych postać Popiełuszki, który z naszej perspektywy wydaje się postacią paradoksalną, tak bardzo zmieniła się sytuacja społeczna, sytuacja Kościoła, sytuacja inteligenta i robotnika.

Kino polskie uprawia - jak ktoś trafnie określił - "śpiewy historyczne", opowiada podręcznikowe legendy bohaterskie, natomiast nie jest w stanie wejść do wnętrza historii, niejako z wolnej stopy, w sposób nieortodoksyjny. A właśnie dawne kino sprzed 1989 roku uprawiało taką historyczną kontrabandę, idąc pod prąd zarówno oficjalnej wykładni, jak i społecznym komunałom. Takimi filmami były "Kanał", "Zezowate szczęście", "Człowiek z marmuru", "Dreszcze", "Przypadek", "Kobieta samotna", "Matka Królów" - każdy z nich przerzucał pomost między historią a współczesnością, stawiał pytania dotyczące dnia dzisiejszego, mówił za Norwidem: "Przeszłość to dziś - tylko cokolwiek dalej". Okazuje się jednak, że polska przeszłość, nawet ta sprzed 20 lat, jest "światem nieprzedstawionym", księżycowo dalekim, nieprzemyślanym, co najwyżej budzącym dziwną nostalgię.

Ksiądz Popiełuszko w interpretacji Woronowicza reprezentuje to, co najlepsze w powojennej Polsce - niekoniecznie tej "cierpiącej", lecz tej pełnej wiary, nadziei, dobrej woli, ludowej bez cudzysłowu, wychylonej w przyszłość, otoczonej nienawiścią, ale pozbawionej nienawiści i, o dziwo, niemającej pretensji do ustroju, tylko do władzy. W tej egzotycznej, solidarnościowej Polsce najbliższymi przyjaciółmi kapłana wspierającymi go w jego misji okazują się "niewierzący", inteligenci.

Roma Szczepkowska - którą w filmie gra jej córka Joanna (druga obok Woronowicza wspaniała, żywa kreacja "Popiełuszki") - zapisała znamienne słowa o księdzu Jerzym: "Wszystko nas dzieliło: wykształcenie, wiek, płeć. Ale wszystko, co robił, nawet jak robił źle, było prawdą. Za kimś takim tęskni się od prawieków, za człowiekiem - dzieckiem. On zachwycał się jak dziecko, martwił jak dziecko, cieszył jak dziecko, bawił jak dziecko. Jego wiara też była wiarą dziecięcą. Jak mama kiedyś nauczyła, tak on wierzył. To zachwycało swoją prostotą".

Kogoś takiego gra Woronowicz. Urok tej postaci w zestawieniu z jej losem tworzy niesamowity kontrast. Nie daje się sprowadzić do mesjanistycznego symbolu, nie mieści się we wzorcu martyrologicznym. Krzyżem Popiełuszki są nie tylko jego wrogowie, także przyjaciele, wyznawcy, ci wszyscy, coraz liczniejsi, którzy go potrzebują, wśród których ten człowiek się spala. Ci, którzy podczas mszy wznoszą do góry krzyże, jakby nieświadomie pokazywali mu jego własny los.

Pierwszy film o zamordowaniu ks. Popiełuszki ukazywał stronę zła. Przed twórcami drugiego filmu stanęło zadanie trudniejsze - wydobyć dramat wewnątrz dobra. Nieoczywistym dramatem księdza Jerzego była nieufność i obawy hierarchów polskiego Kościoła przy równoczesnym wsparciu duchowym ze strony Jana Pawła II. Gromadzące wielotysięczne tłumy Msze za Ojczyznę w kościele św. Stanisława Kostki odprawiane przez ks. Jerzego, "dwie godziny wolnej Polski", budziły opór w samym Kościele. Prymas Józef Glemp chciał odwołać ks. Popiełuszkę z parafii na Żoliborzu, wysłać go na studia do Rzymu (w ten sposób również chroniąc go przed ewentualnym atakiem). Dla ks. Jerzego - jak pokazują jego biografowie Ewa Czaczkowska i Tomasz Wiścicki - byłoby to równoznaczne z dezercją. Swobodne nakreślenie tego tragicznego konfliktu w filmie Wieczyńskiego zostało jednak uniemożliwione decyzją obsadzenia w roli Prymasa... samego ks. Józefa Glempa.

Filmowy ksiądz Jerzy to człowiek dobrej woli, który traktuje Ewangelię dosłownie, podobnie jak głoszoną przez Kościół naukę społeczną o godności pracy, której wyrazem był program "Solidarności". Popiełuszko - wspominają świadkowie - nie miał w sobie nic z polityka. Tymczasem w połowie lat 80., w atmosferze marazmu społecznego wywołanego przez stan wojenny, zwierzchnicy kościelni przestawali już wierzyć w możliwość powrotu "Solidarności" w jej kształcie sprzed 13 grudnia. Faktycznie, tego powrotu miało nie być także po 1989 roku. Do dziś u źródła konfliktów rozdzierających polską politykę wydaje się tkwić niemożność poradzenia sobie z dziedzictwem "Solidarności", rozdzielenia, co jest w nim służącą rozwojowi energią społeczną, a co utopią, niemożliwym do zrealizowania, socjalistycznym marzeniem. Lata 80. naznaczone były fatalnym rozdarciem pomiędzy przyziemną mentalnością ówczesnych władców Polski a uruchomionym przez "Solidarność" społecznym ideałem, nieustannie, w każdą rocznicę "sięgającym bruku" - niekoniecznie we wzniosłym sensie, jaki nadał tej metaforze Norwid.

Może dlatego nie chodziłem na Msze za Ojczyznę, żeby nie musieć konfrontować wciąż na nowo rozbudzanej nadziei z rzeczywistością? Wolałem chronić ten płomyk w sobie? I kiedy dziś oglądam Woronowicza w roli ks. Jerzego, za jego pośrednictwem mogę zbliżyć się do postaci Popiełuszki - żywego. On mi tę postać zdejmuje z krzyża. Film, który by Polskę zdjął z krzyża, byłby arcydziełem.

***

Post scriptum. Wtedy, w 1984, myślałem tak - cytuję dosłownie zapis ze swojego dziennika:
"30 października. Ogłoszenie o znalezieniu zwłok ks. Popiełuszki. Słucham w Głosie Ameryki jego ostatniego artykułu z "Pulsu" : "Jestem gotów na wszystko". Myślę o spełnionym powołaniu. Wokół kościoła św. Stanisława Kostki , na zewnątrz murów - fosa ze świateł. Na sztachetach transparenty, kwiaty, jak na bramie Stoczni. Wewnątrz - śpiew. Przy ołtarzu na warcie, jak szare posągi w kapeluszach - hutnicy. Wiszą obrazy przedstawiające ks. Popiełuszkę. To już hagiografia. Tłum przy bramie między plebanią a kościołem, kwiaty, łuna od świateł, bucha dym, jak na ilustracjach ofiar starotestamentowych. Idziemy z Anią i Justyną. Już ciemno. Jakby przedświąteczny tłum na placu Komuny, a tu, na Krasińskiego, już święto. Bo to jest święto. Piękne słowa Wałęsy w Głosie Ameryki: "ta śmierć może przyczynić się do pokoju w Polsce". Nie zaleca manifestacji. Czy Jaruzelski przyjdzie na pogrzeb? Wszyscy razem, w kondukcie? Takiego święta jeszcze nie mieliśmy od 1980 roku. Czy ta niewinna ofiara nas pogodzi? Nie, to ponad siły jednego człowieka. Chrystus? Ale przecież i On nie pogodził. To kwestia wiary. Na tablicy ogłoszeń, otoczonej wiankiem ludzi, wiersz porównujący ks. Jerzego do Chrystusa. Robią z niego świętego. Ale tym razem nic mnie w tym zbiorowym kulcie nie razi. Bo i we mnie ten kult rośnie. Pojmuję go. Staram się pojąć sens tej śmierci, czystej i wzniosłej. Chciałoby się, żeby wokół niej skupili się wszyscy ludzie dobrej woli, absolutnie wszyscy. Ta śmierć, nawet jeśli nie dokona cudu, odsłania coś istotnego, co łączy wszystkich. Co mogłoby łączyć."

Tadeusz Sobolewski Gazeta Wyborcza

uzupełnij (skomentuj) ten artykuł tutaj - w tytule napisz "..do artykułu -tu adres URL , Twój wpis (po zatwierdzeniu przez administratora) zostatanie dołączony do artykułu. Jeżeli jesteś zarejestrowanym użytkownikiem, do Twojego tekstu zostanie dodana Twoja nazwa (na życzenie możemy podać pełne Twoje dane, jakie zamieściłeś w swoim profilu)






Artykuł jest z Portal Sztuki | sztuka: plastyka, teatr, muzyka
http://sztuka.gallery-art.pl

Adres tego artykułu to:
http://sztuka.gallery-art.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=1295